piątek, 1 listopada 2013

Rodzeństwo przyrodnie..

Jak to jest, że w ciągu dnia, wśród sterty obowiazków  mam sto pomysłów na temat kolejnego postu... Karmię Nikosię i nagle jest!! WENA!! Wena, której nie mogę spożytkować w danej chwili... A teraz, gdy już zanęła, siedzę i stukam do was literki, ale przyznam się bez bicia- idę na żywioł:) Oczywiście nie wyłamię się jak napiszę, że dzisiejszy dzień natnął mnie refleksją i myślami jestem z tymi, których już nie ma... Parę minut temu byłam na spacerze z psem i nie wiem czemu, ale gdy jestem smutna to właśnie na spacerze z pupilem coś we mnie pęka i z oczu cisną się łzy... Pewnie dlatego, że noc, że jestem sama, że nikt tego nie zobaczy... A przecież to nie wstyd płakać... A jednak chowam w sobie te uczucia... Ale za to wróciłam oczyszczona... 
Co u nas? Nikosi ząbki dały wytchnienie i wrócił stary porządek dnia bez zbytnich ekscesów. Ładnie sobie współpracujemy. Mogę bez stresu ugotować obiad, bo Mała  akceptuje, że jest czas,gdy musi sama sobie zorganizować zabawę... Ostatnio z namiętnością ogląda książki, książeczki, albumy i gazety... Nie ważna treść ni rysunki ważne są... strony.... Byle je wertować, przewracać w tą i spowrotem... Kto wie.. Może wyssała z mlekiem miłość do książek;)
Ja z kolei w weekend byłam w szkole... Zaliczono mi praktyki a teraz z zapartym tchem czekam na decyzję w sprawie stypendium (niestety nie naukowym)... Nie do wiary, że jeszcze tylko 4 miesiące i już koniec... To był fajny czas. Choć nie było to typowo studenckie życie zakrapiane alkoholem. Poza tym ostatnio mnie nosi. Nie usiedzę w domu, dlatego troszkę sobie pojeździłyśmy z Małą. Troszkę u znajomych, troszkę u rodziny... W międzyczasie skończyłam 3 tom pana Greya i wczytuję się w kolejną powieść, ale to już nie to... Ehh... 
Piszę i piszę i siedzi we mnie temat, który chciałabym podjąć... RODZEŃSTWO PRZYRODNIE.
Nie, to nie o moje rodzeństwo chodzi, bo takiegoż nie posiadam. O rodzeństwo Nikosi mi chodzi. Przyznam się, że gdy M o nich nie mówi to czasem zapominam, że oni istnieją. Łatwo mi to przychodzi, bo mieszkają na drugim końcu świata... Ale fakt faktem siedzi to we mnie. Martwię się czy zaakceptują Małą czy ja polubią, pokochają... I może to szczeniackie, ale jestem o nich irracjonalnie zazdrosna. Czasem wstyd mi przed samą sobą, ale tak- jestem zazdrosna o dzieci M. Chciałabym, by Nikosia była całym jego światem, by nie musiała się dzielić tata z nikim (chyba, że z moim dzieckiem). Jestem zazdrosna jak diabli i rozgoryczona, że one mają go praktycznie na codzień podczas, gdy moja córka widziała go raz w życiu na żywo. Jestem wściekła, gdy rozmawiając ze mną godzinę to całą godzinę opowiada mi o problemach syna nie pytając co u Małej... Tak,wiem, że ją kocha i że nie robi tego celowo... A le i tak mi źle. Ale zaraz tłumaczę sobie, że kocham go. Kocham go z całym tym bagażem, z jego problemami,  z problemami jego dzieci. Tłumaczę sobie, ale gdzieś siedzi obawa, że... Może dlatego tak myśle, bo już tyle czasu go nie widziałam...
Łatwiej byłoby być z kimś bez przeszłości... Łatwiej... Ale nie potrafię. I siedzę tu jak zakonnica pustelnica i czekam i czekam... i czas przelatuje przez palce i pocieszam swoje serce i czekam.... i czasem rzygam tym czekaniem i chce go mieć już, teraz... A jego nie ma. Jest tam i pisze i mówi, że kocha i, że będzie dobrze, że już wkrótce razem........... Trzymam się tego!!!

2 komentarze:

  1. Tak sobie myślę, że ciężko jest się dzielić tym, co się kocha, a z drugiej strony ta umiejętność dzielenia się jest świadectwem tej miłości i wyrazem zaufania.
    Będzie dobrze!

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja podziwiam! Nie potrafiłabym tak i nie chciała oczywiście. Ale miłość nie wybiera...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuje za odwiedziny.
Zapraszam ponownie:)